
Długo, bardzo długo molestował mnie Dyrektor o napisanie felietonu. A mnie nic nie przychodziło do głowy. Dyrdymał a’la Czekański (kiedyś uwielbiałem go czytać, teraz nie trawię) pisać nie chciałem, bo widzimy jak skończył – o żużlu już nie pisze. W kopaniu arbitrów doktoryzuje się Tygodnik Żużlowy (znajomi mówią, że w Tygodniku ostało się dwóch redaktorów – nie wiem, nie czytam) a szturchaniem GKSŻ zajmuje się każdy – nie chcę być jak ten motłoch.Gdy tak siedziałem i nie myślałem, ktoś intensywnie robił to za mnie. Magdalena Z. z Gazety Pomorskiej w konkrety się wdając. Takiej fatygi ze strony tego wydawnictwa i tej autorki nie mogłem zmarnować.
Gollob w Bydzi? Coś mi się nie widzi
Jednego Koleżance z branży odmówić nie mogę (zakładam, że to jej sprawka, a nie jakiś psikus starszego kolegi, albo zazdrosnej koleżanki z redakcji) – łączenia zupełnie obcych sobie faktów w jedną całość, gdzie wszystko wydaje się być naturalną konsekwencją wszystkiego. Lepiej jak w popularnym serialu „CSI:”.
Zamieszanie zaczęło się od nieszczęsnych tegorocznych treningów Tomka Golloba na torze w Bydgoszczy. Chłopak najbliżej miał na ul. Sportową, ale swoim minimalizmem wywołał lawinę domysłów. Lawinę, która po przetoczeniu się przez wyostrzony zmysł analizy „dziennikarki” Pomorskiej, odkryła zakurzony już list rzecznika prasowego Zakładów Azotowych w Tarnowie do kibiców koszykówki (!). Skrótowo: w pisemku stoi, że sorry–Gregory, ale kasy na kosza już nie będzie, bo ludzie od niego są niepoważni. Ale była też mowa o wspieraniu żużla, więc ani chybi – ścisły związek z treningami Golloba w Bydzi jest. Wystarczyło jeszcze w tekst przemycić słowo „kuluary” oraz zacytować co „mówi się” i można świętować sukces dochodzenia.
Tomkowi ręce opadły na takie dictum, że „nawet nie chciał tego komentować”, co tylko zwiększyło prawdopodobieństwo jego startów w drużynie, która go wychowała. I materiał poszedł do druku. Bez obciachu, bez analizy, bez sensu.
Ten się śmieje,… komu jest do śmiechu
Pogłębiona, trzysekundowa analiza genezy tego artykułu doprowadziła mnie do bolesnych, ale żadnych pionierskich wniosków. Tekst powstał dla kasy i wątpliwej popularności. Jednej (autorki) i drugiej (gazety). Powiało sensacją, zrobiła się mała zadymka, kibice wzięli temat na języki. Niepojęte, ale nawet niektóre branżowe redakcje, które przecież w temacie siedzą po uszy, powielały te herezje. Na forach dyskusyjnych jednym skoczyło ciśnienie, innym śmiech zapewnił tygodniowy zestaw ćwiczeń dla przepony i mięśni twarzy. Po dobie dyskusja padła, bo ileż można wysłuchiwać szyderczych uwag pod adresem pomorskiego medium czy jego internetowych megafonów.
Jednakże nie wszystkim jest tak bardzo do śmiechu. A przynajmniej nie powinno. Bo co z zamieszania pozostanie w głowach czytelników? Że ktoś się ośmieszył – owszem, ale takich jest teraz na pęczki, więc nazwisko przepadnie. Że Pomorska to brukowiec (jak się nie podoba określenie, to zastępczo można odczytać to jako „prasa bulwarowa”) – to już większość wiedziała choćby po ostatnim żużlowym „oknie” transferowym, kiedy byliśmy zasypywani informacjami o „bliskich kontraktach” kolejnych zawodników niczym konfetti na stadionie. Prawdziwość doniesień sięgała dwucyfrowego wyniku, ale ostatecznie kilku procent brakło. Że klub z Tarnowa nie ma kasy – no właśnie. Nic tak nie cieszy (oprócz serii z pepeszy) jak kłopoty finansowe bliźniego, więc z głowach czytelników nawet takie gazetowe pitolenie tworzy to tzw. „mówi się”.
Gorzej dla tarnowskiego środowiska, że wśród takich czytaczy czasem trafi się sponsor, który aktualnie łoży kupę forsy na klub. Wkurzy się? No pewnie! Zadzwoni do prezesa klubu? No jasne! Zostanie przez tegoż uspokojony? Na pewno. Ale „damage is done” (po polsku żadne określenie nie trafia tak w sedno zjawiska pojawiających się na monolicie rys) i ten sponsor następnym razem zastanowi się dwa razy zanim podpisze umowę z klubem, a trzy razy zanim zleci kolejny przelew. Bo kiedyś napisali, że klub jest niewypłacalny.
I tu już idzie o grube dziesiątki, setki tysięcy złotych. Parszywy artykuł (nie tylko ten jeden, o każdym klubie można wyczytać na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy nieprawdziwe informacje, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności) a istnieje jakieś małe prawdopodobieństwo, że może zaważyć na losach całkiem sporej instytucji.
Po pierwsze: nie szkodzić
Dziennikarstwo rozwinęło się w ostatnich latach (czyli pełnią swobody wypowiedzi i ekspansją Internetu) w każda stronę. Na przykład dziennikarstwo śledcze urosło do rangi osobnej specjalizacji i odgrywa we współczesnym życiu publicznym niepoślednią rolę. Dziennikarstwo żużlowe z kolei zmarniało i zaległo na dnie. Do klawiatur zasiadła każda młodzież, która tylko klawiatury posiadała. I zaczęła pisać. Pisać, pisać i pisać. Szybciej, wyżej, dalej. Byle więcej, bo to stało się wyznacznikiem jakości.
A co pisać? A jakie to ma znaczenie. Jakość treści idzie odwrotnie proporcjonalnie do ilości. Więc powstają takie gnioty jak ten o Gollobie w Bydzi. Autor niezdrowo się podnieci, naczelny machnie ręką, wydawca ucieszy z ruchu w interesie. I nikt za to nie ponosi odpowiedzialności! Hulaj dusza, piekła nie ma!
Nie studiowałem dziennikarstwa, podobnie jak niemal wszyscy współcześni o żużlu piszący. Stąd nie wiem, podobnie jak oni, czy funkcjonuje jakaś forma przysięgi dziennikarskiej (na wzór lekarskiej), którą gryziklawiaturek składa przed przystąpieniem do zawodu i która obliguje go do pisania z sensem, w dobrej wierze i z dochowaniem całej rzetelności i warsztatu uczciwego dziennikarstwa. Ale jeżeli takowej nie ma, to czy nie należałoby szybciorem stworzyć? Bo przepadniemy z kretesem jako dyscyplina sportowa, jeżeli pisanie o niej będzie sprowadzało się do bajkopisarstwa.
Albo niech kluby sięgną po solidny public relations i prawników, bo to w ich interesie leży dbanie o dobry wizerunek i rozpędzą tę gawiedź na cztery wiatry albo do nauki.
Tak źle i tak niedobrze
W przypadku tego tekstu z Gazety Pomorskiej klub z Tarnowa zachował się tak jak zachowuje się statystyczny polski klub wobec oszczerstw, czyli olał. Chociaż nie, prezes delikatnie wyśmiał plotę, więc jeszcze nie było tak źle. Z jednej strony racja – po co podnosić dyskusję na temat szamba do rangi debaty o perfumach. Zwłaszcza, że reagowanie na każdą taką zaczepkę niewyżytego redaktora oznaczałoby konieczność zatrudnienie pełnoetatowego odszczekiwacza. Ale z drugiej – brak reakcji jest w tym przypadku zachętą. Bo skoro nikt sobie z tego nic nie robi, to można swobodnie mamić czytelników bzdurnymi historiami ku rosnącej sprzedaży/poczytności. Może warto byłoby utemperować dziennikarskie wolnomyślicielstwo kilkoma pozwami? Z pewnością oczyściłoby to nieco atmosferę i szpalty ze śmieci.