
Beniaminek z Rzeszowa w sezonie 2006 do rozgrywek w najwyższej klasie żużlowej w Polsce przystępował w wielkimi aspiracjami. Zarówno prezes sekcji żużlowej
Marcie Półtorak jak i kibicom rzeszowskiej
Stali marzyło się skopiowanie sukcesu Unii Tarnów sprzed dwóch lat. W tym celu do stolicy Podkarpacia ściągnięto takich zawodników jak
Nicki Pedersen,
Rune Holta i
Tomasz Chrzanowski.Wspierać mieli ich najlepszy polski zawodnik I ligi -
Maciej Kuciapa oraz nieobliczalni
Tomasz Rempała i
Karol Baran. Czas pokazał, iż to właśnie druga linia najbardziej zawiodła oczekiwania wszystkich sympatyków speedwaya w Rzeszowie.
Do sezonu 2006 w grodzie Rzecha przygotowywano się bardzo starannie – w końcu żużlowcy z żurawiem na plastronie zdołali wywalczyć awans do Ekstraligi po 7 latach. Apetyty na bardzo dobry wynik rozbudziły właśnie transfery znanych i cenionych zawodników, ale mimo wszystko nie spisywali się oni od samego początku tak dobrze, jak sobie wyobrażano.
Pierwszy mecz ekstraligowy w Rzeszowie w XXI wieku to pojedynek z Włókniarzem Częstochowa. „Lwy” spod Jasnej Góry tego dnia były bezradne i choć ulegli gospodarzom zaledwie 47:43, to jednak w zgodnej opinii obserwatorów wynik nie odzwierciedlał tego co się działo na torze. W pewnym momencie Rzeszowianie mieli nawet 10 punktów przewagi, a świetnie spisali się w tym pojedynku
Pedersen i
Holta oraz
Chrzanowski. Mimo że rezultat nie powalał na kolana to jednak wygrana z tak mocą ekipą pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość.
W drugiej kolejce Stal doznała wkalkulowanej porażki w Tarnowie. Mimo iż mówi się, że derby rządzą się własnymi prawami to raczej nikt nie liczył na 2 punkty w tym pojedynku. Dlatego też przegraną 53:37 przyjęto dobrze na Podkarpaciu i nie było rzeszowskiego kibica, który by narzekał na taki obrót spraw.
Tydzień później „Stalowcy” dopisują do swojego konta w tabeli następne 2 punkty. Tym razem przeciwnik nie był wymagający – żużlowcy firmowej Marmy zmierzyli się z outsiderem rozgrywek RKM-em Rybnik i wygrali pewnie 59:31. I tak o to Rzeszowianie po 3 rundach zdobyli 4 punkty i wydawało się, że optymizm sympatyków Stali sprzed sezonu nie był bez pokrycia.
Jednak cztery następne rundy rozwiały nadzieję Stali na zajęcie na koniec sezonu miejsca nagradzanego choćby brązowym medalem. Przyczyniła się do tego przede wszystkim kontuzja duńskiego zawodnika -
Pedersen w trakcie sezonu zmuszony był poddać się operacji nadgarstków i nie mógł wystąpić w rywalizacjach z „Bykami” i „Aniołami”. Fatalna passa zaczęła się od dosyć dotkliwej porażki w Toruniu. Miejscowy Apator wygrał ze swoim przeciwnikiem 59:31, pokazując tym samym, że zespół w Rzeszowa może nie być tak mocny, jakby to się mogło wydawać po samym początku rozgrywek.
3-go maja Stal pojechała do Leszna, aby zmierzyć się z miejscową Unią. Goście jechali na stadion im. Alfreda Smoczyka z aspiracjami na wywiezienie 2 punktów. Szybko jednak miejscowy żużlowcy dali do zrozumienia drużynie Marty Półtorak, iż o choćby 1 punkcie mogą szybko zapomnieć. Bez większych trudności Unia pokonała swych rywali 57:33, co zmusiło fanów z Rzeszowa do weryfikacji swych oczekiwań.
Wydaje się, że decydujące spotkanie, które zaważyło na dalszych losach Stali w sezonie 2006, odbyło się 7 maja. Wówczas na stadionie przy ul. Hetmańskiej Stal podejmowała Atlas Wrocław. Gospodarze tego spotkania prowadzili od 1 do 13 biegu i wydawało się, że przed biegami nominowanymi, kiedy rezultat brzmiał 42:36 dla miejscowych, nic złego Rzeszowianom stać się nie powinno. Ale euforia jaką wywołał wspomniany wynik szybko opadła po dwóch kolejnych gonitwach. Wtedy to goście dwukrotnie zwyciężyli 1:5 i z wygranego meczu pozostało 0 punktów.
Mimo tej druzgocącej porażki - nie tyle w kwestii wyniku, co psychiki - "Stalowcy" nie mieli zamiaru składać broni. Żużlowcy z Podkarpacia w kolejnej rundzie zmierzyli się w Bydgoszczy z tamtejszą Polonią. Gospodarze wygrali, co prawda to spotkanie, ale wynik 46:41 nie mógł w pełni zadowolić zawodników Polonii. Ten mecz pokazał uwidocznił to, czego Rzeszowianie nie chcieli widzieć - w składzie było tylko dwóch zawodników dostosowanych do ektraligowego poziomu, a chodzi tutaj oczywiście o Pedersena i Holtę.
Pasmo porażek sprawiło, że w Rzeszowie coraz bardziej mówiono o zajęciu bezpiecznego miejsce przed strefą spadkową niż o ewentualnym wejściu do pierwszej czwórki. Pierwszym krokiem ku lepszemu w rundzie rewanżowej miał być pojedynek z "jeźdźcami" z Bydgoszczy. Tutaj kolejny pech dopada ekipę Stali - gospodarze, co prawda wygrywają zasłużenie 47:42, prowadząc od I do XV biegu, jednak bardzo ważny punkt bonusowy uciekł Rzeszowianom w ostatniej gonitwie, kiedy to Holta jadąc na pierwszy miejscu na ostatnim okrążeniu zanotował defekt i przez do goście zdołali wyrównać bilans obu pojedynków.
Dwa punkty nie ucieszyły w pełni sympatyków żużla w grodzie Rzecha, tym bardziej, iż w następnej kolejce trzeba było zmierzyć się na wyjeździe z Atlasem Wrocław. Ale zespół dowodzony przez
Janusza Stachyrę nie oddał pola rywalowi i walczył z nim na jego torze - jak mało kto - bardzo zacięcie. Sam wynik 48:42 dla gospodarzy świadczy o tym, zaś w meczu tym w drużynie z Rzeszowa pojechał dobrze praktycznie każdy zawodnik, co mogło być optymistycznym wątkiem na kolejne rundy.
18 czerwca kibice zgromadzeni na stadionie przy ul. Hetmańskiej byli świadkami bardzo emocjonującego widowiska. Do Rzeszowa zawitała Unia Leszno, która tak samo jak gospodarze miała wielki apetyty na wygraną. I prawie im to się udało - gospodarze wygrali ten pojedynek 46:44, a wszystko rozstrzygnęło się dopiero w biegach nominowanych. Tradycyjnie już Stal przegrała swój 14 bieg podwójnie, ale na szczęście dla drużyny Stachyry w ostatniej gonitwie zarówno Pedersen jak i Holta nie dali się objechać Rafałowi Dobruckiemu.
Następnym rywalem Stali był toruński Apator. Rzeszowianie ostrzyli sobie zęby na drugie z rzędu 2 punkty, jednocześnie zdając sobie sprawę, iż nie ma szans na punkt bonusowy, gdyż został on przegrany w pierwszym spotkaniu. Bardzo skoncentrowani gospodarze swoją moc pokazali już w pierwszym biegu, wygrywając do dosyć niespodziewanie 5:1. Stal powiększała prawie do końca przewagę nad przeciwnikiem, ale biegi 13 i 14 zakończyły się podwójnymi wygranymi Apatora i na końcu wynik brzmiał 47:43.
Co prawda w stolicy Podkarpacia cieszono się z dwóch wygranych, jednak radość nie mogła trwać długo. Trzeba było pojechać do Rybnika po kolejne punkty, aby liczyć się w walce o miejsce, chroniące przed barażami. Mimo najmocniejszego składu, przyjezdni niemiłosiernie męczyli się z bardzo walecznymi "Rekinami". Efektem tego była wygrana po męczarniach 43:47 i tym samym 3 punkty pojechały do Rzeszowa. Trzy zwycięstwa z rzędu - taka passa "Stalowcom" nie przydarzyła się już od dawna, ale nikt nie popadał w euforię, gdyż fani firmowego zespołu Marmy doskonale pamiętali klęski z pierwszej części sezonu.
Przedłużeniem celebracji świetnego osiągnięcia rzeszowskiego zespołu miała być wygrana w derbowym pojedynku z Unią Tarnów. Wynik był powalający dla wszystkich - kibiców z Rzeszowa oraz Tarnowa, dziennikarzy, a także postronnych obserwatorów. Aktualny wówczas Mistrz Polski poległ w Rzeszowie 71:18, a otoczka tego spotkania i "gwiazdorskie" zachowanie Tomasza Golloba rzuciły złe światło na ten mecz. Ale tak naprawdę mało to obchodziło miejscowych - 3 punkty i pogrom nad lokalnym rywalem były najważniejsze.
Wiadomo przecież, że każda passa musi się kiedyś skończyć. I tak o to kres wygranych przyszedł w ostatnim meczu rundy zasadniczej w Częstochowie. Rzeszowianie nie chcieli łatwo sprzedać skóry - jeździli zaciekle i nie oddawali pola rywalom, którzy na każdy swój punkt musieli bardzo mocno zapracować. Wygrana gospodarzy 49:41 odzwierciedla w pełni niedużą różnicę między obiema drużynami. Szkoda tylko, że zespół gości zdołał przebudzić się na koniec rozgrywek, bo już wtedy na skuteczny finisz zabrakło czasu.
Play Offy rozpoczęły się 13 sierpnia - do Rzeszowa przyjechał Apator Toruń. Goście przyjechali praktycznie na pewną porażkę, przywożąc do stolicy Podkarpacia tylko krajowych zawodników. Dlatego też nikogo nie zdziwił wynik 62:27. Trochę zaskakująca była to decyzja ze strony Torunian, ponieważ na tym etapie rozgrywek ważne jest każde "oczko", zaś goście punkt bonusowy praktycznie oddali gospodarzom tej rywalizacji za darmo.
Następnie Rzeszowianie pojechali do Rybnika, gdzie musieli wygrać, aby wieść w miarę spokojne życie przed kolejnymi potyczkami. I tak się też stało - pomimo braku skłóconego z zarządem Holty beniaminek z Rzeszowa wygrał 39:51 i mógł na chwilę odetchnąć. Co prawda w spotkanie z Unią Leszno na wyjeździe zakończyło się porażkę, jednak jej rozmiary (49:41) były w pełni do zaakceptowania przez zawodników i kibiców z Podkarpacia.
Spotkanie XVIII kolejki miało dać odpowiedź, kto zajmie na koniec sezonu 5 miejsce. W grodzie Rzecha miejscowy zespół zmierzyć miał się z "Bykami" z Leszna. Walka toczyła się nie tyle o dwa "oczka" za wygranie pojedynku, ale także o punkt bonusowy. ¦miało można powiedzieć, iż obie ekipy udały się na wojnę, z której zwycięsko wyszli gospodarze, którzy ostatecznie ulegli "Stalowcom" 47:43 i z jednym pkt. powrócili do Leszna.
W Rzeszowie można było już spać spokojnie - beniaminek w sezonie 2006 miał już praktycznie zapewnione pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale żeby tak się stało trzeba było postawić kropkę nad i. Stal pojechała do Torunia, gdzie zdołała uzbierać 40 pkt, co dało i punkt bonusowy dopisany w tabeli. Plan minimum przed tym meczem został wykonany, jednak teraz trzeba było ostatecznie zamknąć ten dosyć nieszczęśliwy sezon. Ostatnie spotkanie tych elitarnych rozgrywek to rywalizacja w stolicy Podkarpacia pomiędzy Stalą a RKM-em Rybnik. Gospodarze pewnie objeżdżają rywali i zwyciężają 51:39, tym samym zapewniając sobie ostatecznie pozostanie w Ekstralidze.
Mimo wielkich aspiracji przed sezonem, rozgrywki nakazały działaczom i kibicom weryfikacje swoich oczekiwań. Jednak mimo przeciwności losu tj. kontuzja Pedersena czy kłótnia Holty, Rzeszowianie pokazali, że można nawiązać walkę jeżdżąc zawodnikami, którzy dali jej awans do E-ligi w sezonie 2005. Po raz kolejny okazało się, że postawienie na "samych swoich" może dać świetny rezultat i z pewnością nikt w Rzeszowie nie może czuć się zawstydzonym wynikiem osiągniętym przez tą ekipę w sezonie 2006. Jak to się mówi "pierwsze koty za płoty" - debiutująca w Ekstralidze w roli prezesa sekcji żużlowej Marta Półtorak powinna wyciągnąć wnioski z zakończonych niedawno rozgrywek i zrobić wszystko co w jej mocy, aby osiągnięcie te poprawić. Bo przecież nie będzie już tłumaczenia, iż sukcesem jest fakt, że beniaminek utrzymał się w najwyższej klasie rozgrywkowej...