2006-10-11 11:23:29 Małgorzata Szulc inf. własna

"A miało być tak pięknie...miało nie wiać w oczy nam”...To słowa zaczerpnięte z pewnej piosenki, które moim zdaniem, idealnie opisują nastrój leszczyńskich kibiców. Omamieni, zaślepieni tym, co na początku sezonu obiecywał prezes Dworakowski i zawodnicy, mogą mieć żal. Miniony sezon po raz kolejny nie pozostawił im złudzeń i obdarł z marzeń o zdobyciu tytułu DMP przez ich ukochaną drużynę. To nic dziwnego, że są spragnieni sukcesu. Rokrocznie wmawia im się, że tym razem na pewno się uda, że ten team nie da najmniejszych szans przeciwnikom w walce o mistrzostwo. Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała te myśli i marzenia. Sezon rozpoczęła prezentacja wszystkich zawodników Unii na leszczyńskim Rynku, w przeddzień pierwszego ligowego meczu. Na niewielkim placu w centrum miasta zgromadziła się spora część kibiców, którzy po tym spotkaniu mogli wpaść w euforię. Słowa, które wypowiedział wtedy prezes Dworakowski, mogły świadczyć o tym, iż ten sezon zdecydowanie będzie należał do Byków. Jeśli z całą pewnością zaprasza się kibiców na posezonowy bankiet z okazji zdobycia przez Unię Leszno tytułu DMP, nie może być inaczej. Kibice, którym od lat brakowało spektakularnych sukcesów drużyny, szybko dali się nabrać na te piękne słowa. I pewnie gdyby nie porażka, jakiej leszczynianie doznali w meczu z tarnowską Unią, żyliby dalej w tej cudnej nieświadomości o relanym zagrożeniu, jakimi niewątpliwie są walka w drugiej, tej gorszej, czwórce, czy w ostateczności baraże. 8 kwietnia publiczność opuszczałą stadion im. Smoczyka ze spuszczoną głową. Jeszcze wczoraj wszyscy nastawieni byli na zwycięstwa w każdym meczu, a już tak szybko należało przełknąć smak goryczy po porażce na własanym torze z obrońcą mistrzowskiego tytułu. Niestety, chwila nieuwagi tarnowskich zawodników (głośna sprawa o wcześniejsze wyprowadzenie motocykli z parku maszyn przez Golloba i Drymla), kosztowała tą drużynę pozbawenia wygranej. Znowu radość zapanowała wśród leszczynian, dla których w tym momencie straciło znaczenie, iż przegrali walkę na torze..
W bojowych nastrojach Byki ruszyły na mecz do Bydgoszczy.Wraz z nimi ruszyli też kibice, którzy odzyskali wiarę w zwycięstwo swojej drużyny.Wierzyli w nie tym bardziej, iż Bydgoszczanie w swym pierwszym meczu przegrali dość wysoko we Wrocławiu. Jak złudne były nadzieje leszczynian, okazało się już w pierwszych biegach. Unia zdecydowanie odstawała od swych przeciwników, którzy dosłownie zmiażdżyli ich rozmiarem wygranej. 60-30 dla Bydgoszczan- to musiało zaboleć każdego. Znowu smutek i rozczarowanie- w końcu nie tak miał wyglądać początek sezonu w wykonaniu Unistów.
Kolejny mecz, tym razem na własnym torze i przy sztucznym oświetleniu, zgromadził już nieco mniejszą część widowni. Ci, którzy przybyli, nadal tkwili w nadziei, że tym razem ich ukochana drużyna zwycięży. Po zaciętym meczu z Adrianą Toruń, Unia ostatecznie wygrała 50-40, a samo zwycięstwo fetowano conajmniej, jakby w tym momencie leszczynianie zapewnili sobie awans do pierwszej czwórki. Jeszcze długo w nocy można było usłyszeć na ulicach miasta okrzyki uradowanych kibiców, dla których ukochana drużyna jest najważniejsza w życiu.
Nic więc dziwnego, że na kolejny mecz wyjazdowy do miasta odwiecznego rywala- Częstochowy, wybrali się oni w dość licznej grupie. Brak kontuzjowanego Krzysztofa Kasprzaka nie stanowił problemu, skoro można było wprowadzić za niego zastępstwo zawodnika. Kibiców nie zniechęcił nawet fakt, iż mimo dwóch porażek, drużyna Włókniarza zgłaszała wielkie aspiracje w walce o mistrzowski tytuł i była bardzo groźna na własnym obiekcie. W zamierzeniu zapowiadał się więc bardzo ciekawy mecz. Niestety, tylko w zamierzeniu. Po raz kolejny leszczynianie zgromadzeni na częstochowskim stadionie zawiedli się i chyba coraz większa grupa bezpowrotnie traciła nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie pięknie...
Aż nadszedł dzień triumfu. W piękne słoneczne, majowe popołudnie na stadionie Smoczyka znowu zasiadło wielu z tych, którzy nadal żyli słowami prezesa Dworakowskiego. Powtarzali je sobie jak mantrę, która miała im dodawać sił i wytrwałości przed arcyważnym pojedynkiem z Rzeszowską Stalą. Ekstraligowy Beniaminek w swoich poprzednich pojedynkach zaskoczył wszystkich, wygrywając m.in. z Włókniarzem Częstochową i prawo do obawy o wynik meczu, mogli mieć wszyscy obecni na stadionie. Byki sprostały jednak oczekiwaniom publiczności i pewnie pokonały drużynę z Rzeszowa. Znów słońce zaświeciło swym najjaśniejszym blaskiem, co skończyło się niedobrze dla co niektórych kibiców. Można było bowiem zauważyć przypadki wielkiego zadufania w sobie, bowiem dla wielu jeden wygrany mecz oznaczał mistrzostwo. Jakkolwiek, można było mieć podstawy do tego, by sądzić iż zła passa leszczynian skończyła się wraz z tym zwycięstwem i teraz może być już tylko lepiej.
I faktycznie! Kolejny mecz wyjazdowy z RKM Rybnik, pokazał, że leszczynianie odradzają się na nowo i tym samym odzyskują wiarę w siebie. A skoro odzyskali ją zawodnicy i zarząd, to dlaczego nie mieliby odzyskać jej także kibice? Po raz kolejny wielu z nich popadło w hurrra-optymizm. I nie ważne było to, że Unia pokonała najsłabszą drużynę wśród wszystkich ekstraligowych drużyn.Dla kibiców liczy się tylko zwycięstwo, a że odniesiono je na nie mającym szans Rybniku, kogo to obchodzi? Zwycięstwo to zwycięstwo. Koniec. Kropka.
W tym euforyczym stanie kibice żyli aż do kolejnego spotkania w Lesznie. Tym razem wszystkich czekał mecz ciężkiego kalibru- Unia podejmowałą bowiem osadzoną gwiazdami drużynę z Wrocławia. Mieli się czego obawiać leszczyńscy kibice, którzy jednak dalej konsekwentnie żyli swoją mantrą i nie dopuszczali do siebie myśli o porażce. Mecz, mimo wcześniejszych opadów deszczu, zgromadził ponad 10 tyś. publiczność. Wśród niej nie zabrakło oczywiście, marzących o zwycięstwie, kibiców Atlasu. Podczas spotkania sytuacja odwracała się jak w kalejdoskopie, by ostatecznie wynieść na wyżynę zespół z Wrocławia. Po raz kolejny ktoś utarł nosa, żyjącym z głową w chmurach, kibicom miejscowej Unii.
Tą porażką Unia Leszno zakończyła pierwszą fazę rozgrywek, której bilans był tragiczny. Marzenia o tytule DMP kibice mogli włożyć między bajki. Odtąd powinni zacząć realnie oceniać szanse swej drużyny w meczach rewanżowych. Niestety, wielu z nich nie mogła pogodzić się z faktem, iż o wywalczenie awansu do finałowej czwórki będzie bardzo ciężko. Nadal powtarzali swoją mantrę i ślepo wierzyli w końcowy sukces swojej drużyny. W końcu, nadzieja umiera ostatnia...
Z tym nastawieniem leszczyńscy kibice pojechali na mecz rewanżowy do Wrocławia. Fakt, że ich drużyna zdecydowanie skazywana była na pożarcie, nie zniechęcił nikogo. ¦miem twierdzić, że na Stadionie Olimpijskim zasiadła większa ilość leszczynian niż wrocławian. Ale nie ma się czemu dziwić. Wszak fascynaci żużla z Leszna nie mają do stolicy Dolnegośląska daleko, a i większość z nich mieszka tam na co dzień. Niestety, ich gorący i głośny doping tym razem nie wystarczył i Byki po raz kolejny musiały spuścić głowę w poczuciu bezradności. Żal było patrzeć na opuszczających stadion kibiców Unii. Na ich twarzy widać było nie tyle złość, co smutek i zawiedzenie. Cóż, takie życie- ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać!
Kolejny mecz nie zgromadził już tak dużej publiczności. Być może było to spowodowane faktem, iż przeciwnikiem Byków miał być cieniujący zespół z Rybnika. Jestem jednak przekonana, że wielu kibiców najnormalniej w świecie zbuntowało się i przestało powtarzać słowa mantry. Coraz częściej zamiast słów pochwały i zachwytu, można było usłyszeć słowa potępienia. Kibicom skończyła się cierpliwość i nie pomogło nawet wysokie zwycięstwo odniesione, jakby nie było, na ekstraligowych „statystach”. Uniści stracili kredyt zaufania w oczach swoich fanów.
Dobiły ich dwa kolejne pojedynki. Mecz w Rzeszowie, który miał w końcu podnieść Byki na duchu i wyprowadzić ich na prostą, kompletnie powalił na kolana. Wiem, że Ci najwytrwalśi kibice pojechali za swoją drużyną na drugi koniec Polski. Pomimo tej dalekiej wyprawy, znowu Unia nie pozostawiła im złudzeń, gdzie ich miejsce w szeregu. Nieznaczna przegrana zabolała niemniej niż ta, którą mogliby ponieść większą ilością punktów. Po tym meczu, załamali się chyba nawet sami zwodnicy. W końcu ile można być „chłopcami do bicia”? Niestety, w kolejnym meczu na własnym stadionie i przed własną publicznością, drużyna terenera Jądera nie mogła sprostać zawodnikom z Częstochowy. Kolejny przegrany mecz sprawił, że leszczyńscy kibice popadli w marazm. Tym razem uświadomili sobie, że wielkie hasła wznoszone na prezentacji zawodników tuż przed sezonem, były tylko pustosłowiem. Wydaje mi się, że i tak zrozumieli to trochę za późno...
Kolejny mecz wyjazdowy, tym razem w Toruniu, został przez leszczynian solidarnie skreślony.Wybrali się tam chyba tylko reporterzy, którzy chcąc-nie chcąc musieli wykonać swoją dziennikarską powinność. Fakt, leszczynianie interesowali się meczem, ale już tylko w kwestii wyniku, który i tak z góry zakładali jako przegraną. Dużo się nie pomylili. Ich drużyna zdołała jedynie zremisować, co na pewno nie wybawiło tej czarnej plamy po dwóch poprzednich porażkach. Oczywiście o wierze w tytuł DMP już dawno wszyscy zapomnieli, nie mówiąc o tym, że coraz dalej było Unii do pierwszej czwórki.
Lipcowe późne popołudnie. Wielu kibiców wybrało wyjazd nad jezioro, niż mecz na stadionie Smoczyka. Przeciwnik był nie byle jaki- zespół bydgoskiej Polonii do tej pory radził sobie conajmniej przyzwoicie i również był w gronie faworytów do czołowej czwórki. Po dość zaciętym meczu, leszczynianie wygrali, jednak nie zdołali odrobić ogromnej straty, jaką ponieśli w pierwszym meczu z bydgoszczanami. Kibice znów zaczęli się uśmiechać, tym bardziej, że po tej kolejce układ tabeli zmienił się diametralnie i nadal można było mieć cichą nadzieję na fazę play-off z udziałem Unii Leszno.
O być- czy nie być leszczyńskiej Unii, miał zadecydować wyjazdowy mecz w Tarnowie. Kibice niesieni falą optymizmu i zapowiedziami działaczy o zwycięstwie, postanowili im na nowo zaufać i wspomóc drużynę swoim dopingiem w tym ważnym spotkaniu. Setki kilometrów nie stanowiły przeszkody. Fani chieli być razem z zawodnikami w momencie, gdy wygraną w Tarnowie przypieczętują swój awans do play-off. Mimo, iż obrońcy tytułu mieli problemy kadrowe, nie dali najmniejszych szans swoim rywalom. £atwo pokonali drużynę z Leszna 51-39 i to już był koniec marzeń...Marzeń o pierwszą czwórkę, walkę o mistrzostwo i dniach chwały dla Leszna...
Późniejsze mecze z zespołami z dolnej części tabeli, miały się rozgrywać o przysłowiową pietruszkę. Miały, bo na pewno takimi nie były. O ile leszczynianom łatwo przyszło zwycięstwo na własnym torze z Rybnikiem, czy Rzeszowem, o tyle trudno było im wygrać w Toruniu, czy ze wspomnianym wcześniej beniaminkiem. Nie muszę chyba podpowiadać, że trybuny leszczyńskiego stadionu świeciły pustkami? Na próżno było szukać potwierdzenia w słowach „ Na Strzeleckiej wychowani- zawsze wierni i oddani”, które tak często kibice wypowiadali przy okazji sukcesów. W momencie, gdy drużyna tak bardzo zawiodła, nie ma zmiłuj. Zawodnicy Unii zostali skazani na samotną walkę o utrzymanie się w Ekstralidze i istniało bardzo realne zagrożenie w postaci baraży.
Ostatni mecz na własnym obiekcie z Adrianą Toruń, miał zadecydować o końcowych rozstrzygnięciach. Okazało się, że kibicom nie jest jednak do końca obcy los swej drużyny, bo na meczu stawili się właściwie w komplecie. Pojedynek był niezwykle emocjunojący, nie brakowało upadków i przykrych incydentów (upadek Balińskiego i Ząbika).. ¦miało można stwierdzić, że w przekroju całego sezonu był to najciekawszy mecz w wykonaniu Byków. Leszczynianie wspomagani dopingiem kibiców, wygrali ten bój i tym samym zakończyli swoje zmagania na 5 miejscu w tabeli. Jakaż była radość wśród kibiców, euforia opanowała całe miasto! Szkoda tylko, że wystrzeliwane fajerwerki nie były na cześć zdobycia mistrzowskiego tytułu, a jedynie na cześć utrzymania się w gronie najlepszych drużyn w kraju...
Fakt, kibice w Lesznie określani są mianem jednych z najlepszych w żużlowej Polsce. Jak sami mówią, są z drużyną na dobre i na złe. Szkoda tylko, że są tak łatwowierni i ślepo wierzą w to, czym przed sezonem mamią ich zawodnicy i cały zarząd. Co prawda, nikt nie przypuszczał, że w Unii nie odnajdzie się Robert Miśkowiak,na którego tak bardzo liczono;że leszczyńscy juniorzy nie podejmą się trudu walki i nie staną na wysokości zadania w biegach juniorskich; czy w końcu, że zawodników spotkają kontuzje, wykluczające ich z walki o cenne punkty w kilku spotkaniach (vide- Krzysztof Kasprzak, Damian Baliński). Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku Ci wierni i oddani kibice z ul. Strzeleckiej, nie dadzą się tak łatwo nabrać na czułe słówka i bardziej zweryfikuję przedsezonowe założenia zarządu. Sam klub powinien zaś udowodnić swoją wyższość na torze, a nie w regulaminowych kruczkach. Oby wilk był syty i owca cała....